google

    dewocjonalia, szaty liturgiczne, ogrzewanie kościoła

    Kursy walut 19.05.2017
    1 USD
    3.7735
    -0.0191
    1 EUR
    4.2069
    -0.0131
    1 CHF
    3.8594
    -0.0084
    1 GBP
    4.9054
    -0.0326
    1 RUB
    0.0661
    0.0002
    Newsletter
    Otrzymuj wiadomości o nowościach w branży
    Podaj imię i nazwisko:
    Twój adres email:
     
    Zobacz na mapie
    Chcę dodać:
    W zasięgu km

    • Mam akumulator na pozytywną energię

    Z Aleksandrem Dobą rozmawia Łukasz Kaźmierczak

    Ależ ma Pan silny uścisk dłoni… Kajaki?

    – Nie, to nie tylko dzięki kajakom. Ja przez całe życie byłem aktywny i ciekawy świata, zajmowałem się turystyką rowerową, turystyką pieszą nizinną, turystyką pieszą górską, żeglarstwem, szybownictwem, spadochroniarstwem, a kajaki pojawiły się dopiero później.

    No właśnie, kiedy?

    – Po raz pierwszy na spływie kajakowym byłem w 1980 r., kilka lat po tym, gdy przeprowadziłem się do Polic. Kolega z biura konstrukcyjnego Zakładów Chemicznych Police, gdzie pracowałem przez większą część życia, rozkładał na desce mapy i pływał palcem po papierze. W ten sposób dałem się skusić na pierwszy spływ kajakowy po wspaniałej rzece Drawie, która po dziś dzień pozostaje moją ulubioną. Kajakowanie po Drawieńskim Parku Narodowym polecam wszystkim. Cudowne przeżycie. No a potem wpadłem w te kajaki na dobre.

    Kajak daje wolność?

    – Spójrzmy na to przez pryzmat Polski, tak żeby było bardziej namacalnie. Kiedyś w naszym kraju było 49. województw. Ja pływałem w 48 z nich. Nie kajakowałem jedynie po miejskim łódzkim, podówczas najmniejszym i bardzo zanieczyszczonym. System rzek i jezior w Polsce, podobnie jak w Europie, pozwala na niemal nieograniczone podróżowanie.  Praktycznie z każdego województwa różnymi wodami mogę dopłynąć aż tutaj, do Polic. Dla mnie najciekawsze jest właśnie pływanie polskimi rzekami, które są w większości dzikie, nieuregulowane, odwrotnie niż za naszą zachodnią granicą. W Niemczech płynie się prostym kanałem, nie ma tam przeszkód, brzegi są umocnione, trochę to momentami nudnawe. Dlatego niemieccy kajakarze chętniej przyjeżdżają do nas.

    Podobno ma Pan największy kajakowy kilometraż spośród wszystkich Polaków?

    – To prawda,mam w tej chwili na liczniku 94 tys. kilometrów przepłyniętych na kajakach. Z perspektywy kajaka poznawałem Polskę, a potem świat. Ukoronowaniem tych moich podróży jest oczywiście Atlantyk.

    Uparł  się Pan na ten Atlantyk niesamowicie.

    – Przepłynąłem go w sumie cztery razy: dwa razy jachtem, dwa razy kajakiem. Przede mną zrobiło to trzech kajakarzy, ale wszyscy moi poprzednicy startowali z wysp i lądowali na wyspach, co automatycznie skraca dystans. Więc żeby mi ktoś potem nie mówił, że „prawie” przepłynąłem Atlantyk, jako pierwszy człowiek w historii zrobiłem to z kontynentu na kontynent i na dodatek wyłącznie siłą własnych mięśni.

    I to Panu nie wystarczyło?

    – Nie wystarczyło. Zacząłem się szturchać: poszedłeś na łatwiznę, przepłynąłeś ocean w najwęższym miejscu. A stąd był już tylko krok do ambitniejszego celu: przepłynięcia w miejscu najszerszym.

    Ale tego nie można zrobić ot tak na hurra. Już po pierwszej wyprawie ludzie mówili: gratuluję Olek, że Ci się tak udało przepłynąć Atlantyk. A ja zaprzeczałem: Nie, mi się nie udało. Wtedy była zawsze konfuzja i pytanie: „No jak to, nie przepłynąłeś?”. Wyjaśniałem: „Owszem, przepłynąłem, ale ja zrealizowałem dobrze przygotowaną wyprawę. Nie liczyłem na to, że mi się uda. Bo to jest tak jak ze słynnym prawem Murphy’ego: jeśli liczy się, że coś się uda, to się na pewno nie uda”.

    Żadnej kawaleryjskiej szarży?

    – W żadnym wypadku. To musi być dobrze, wszechstronnie przygotowana wyprawa, a żywioł i tak sprawi niespodzianki. Ale to, co można przewidzieć, staram się zawczasu zrobić. Próbowałem więc ten Atlantyk rozeznać, posiłkując się głównie literaturą z zasobów bibliotecznych Akademii Morskiej w Szczecinie oraz rozmowami z żeglarzami. Bo to oni są najbliżej wody. Próbowałem wysondować, co najgorszego może mnie tam spotkać, jak wyglądają sztormy, jak wygląda strefa konwergencji wiatrów itp. A i tak nie obyło się bez bolesnych wpadek.

    Wpadek?

    – Podczas pierwszej atlantyckiej wyprawy nie zabrałem takich specjalnych krążków na drążek wiosła, które zabezpieczają dłoń kajakarza przed spływaniem wody morskiej. To był mój najpoważniejszy błąd, a czasem właśnie taki drobiazg  może zadecydować o końcowym niepowodzeniu. Pokazywałem potem fotografie tych rąk, poranionych, spracowanych wiosłowaniem, mówiąc do słuchaczy: wyobraźcie sobie jak na te rany polejecie słoną wodę… Głupi, szkolny błąd, przez który potem niepotrzebnie cierpiałem.

    Kiedy pierwszy raz pomyślał Pan o Wielkiej Wodzie?

    – Tak naprawdę to nie ja wpadłem na ten pomysł. W 2004 r. zgłosił się do mnie nieznany mi zupełnie człowiek, Paweł Napierała z Zielonej Góry, pracownik Katedry Filozofii tamtejszego uniwersytetu. A ja inżynier mechanik… Ale okazuje się, że siła przekonywania argumentów filozofa potrafiła tak zakręcić w inżynierskiej głowie, że zaszczepił mi ideę przepłynięcia Atlantyku.

    Najpierw próbowaliśmy wyruszyć razem z Ghany. To był jego pomysł, jego wyprawa, nie byliśmy wtedy do końca dobrze przygotowani, w konsekwencji spędziliśmy na oceanie tylko 42 godziny. Ale to już było takie pierwsze poważne rozeznanie. Mówiono mi później: wyprawa nieudana. Zaprzeczałem: wyprawa udana, tylko cel nieosiągnięty.

    A potem było już solo…

    – Zacząłem od tego, że w moim zakładowym biurze projektów zrobiłem szkic tego, jak ja sobie wyobrażam specjalnie dla mnie zbudowany kajak. I zacząłem szukać producenta. W końcu trafiłem do pana Andrzeja Armińskiego w Szczecinie, który buduje jachty oceaniczne. I on podjął się zbudowania kajaka, w którym mógłbym bezpiecznie przepłynąć Atlantyk.

    Bo to nie jest taka typowa kajakowa łupinka.

    – Och, nie, nie. Ma długość siedmiu metrów i szerokość metra. Takich kajaków normalnie się nie robi. „Olo” już na starcie musiał być większy, z dużymi komorami bagażowymi na jedzenie i wyposażenie – przecież liczyłem wyprawę na kilka miesięcy. No i miał dwie bardzo ważne właściwości. Pierwsza i najważniejsza: był niezatapialny.

    Jak to udało się osiągnąć?

    – Kajak został na dziobie i na rufie wypełniony materiałem lekkim, sztywnym i nienasiąkającym wodą. Gdyby nawet pootwierać wszystkie włazy – do kabiny i do komór bagażowych, zalać kajak całkowicie wodą i podziurawić go w wielu miejscach, to on i tak by wypłynął. Nawet po przecięciu na pół każda połówka pływałaby osobno.

    Całość wygląda rzeczywiście nietypowo, taki „kajak nie kajak”.

    – I to wiąże się z jego drugą cechą: on nie jest w stanie pływać do góry dnem. Klasyczny kajak może się obrócić do góry dnem i tak już pozostać. Normalnie w takich sytuacjach radzę sobie, wykonując tzw. eskimoskę – bez wychodzenia z kajaka robię obrót głową pod wodą, wstaję i płynę sobie dalej. Na oceanicznym kajaku – dużym, ciężkim, ważącym z bagażem około 600 kg – jest to już niemożliwe. On musi sam wstawać. Fale mogą go obrócić do góry dnem, ale dzięki specjalnej konstrukcji od razu musi się on obrócić do pionu.

    Termin wyprawy też chyba wybrał Pan nieprzypadkowo?

    – Oczywiście, że nieprzypadkowo, bo na Atlantyku przez pół roku jest sezon huraganów. Trzeba było wstrzelić się w odpowiednią pogodę. Podczas pierwszej wyprawy  wystartowałem 26 października 2010 r. ze stolicy Senegalu, Dakaru, i po 99 dobach wylądowałem w Ameryce Południowej, w brazylijskiej miejscowości Acarau. W linii prostej to jest blisko 3200 km, ale  ja na skutek działań nie zawsze korzystnych prądów i wiatrów przepłynąłem o około 2,5 tys. km więcej.

    Tak wielka jest siła oceanu?

    – Tym większa, że  miałem tam do czynienia z najbardziej kapryśnym i nieprzewidywalnym prądem na świecie, czyli północno-równikowym prądem wstecznym. Dał mi on trochę w kość. Ale w końcu udało się: jedzenia nie zabrakło, wody nie zabrakło, no i chęci dopłynięcia też nie. No i w dzięki temu w tej 99 dobie mogłem krzyknąć: Ameryka!

    Źródło:
    Przewodnik Katolicki
    Artykuł został dodany przez firmę

    Drukarnia i Księgarnia Św. Wojciecha Sp. z o.o. (Wydawnictwo Święty Wojciech)

    Wydawnictwo Święty Wojciech (Drukarnia i Księgarnia Św. Wojciecha Sp. z o.o.) działa od 1895 roku. Wydaje Pismo Święte, modlitewniki, książki o wierze i duchowości, słowniki, poradniki, albumy, książki dla dzieci i młodzieży, podręczniki do nauki religii

    » Zapoznaj się z ofertą firmy

    Podobne artykuły

    Reklama sponsorowana: Zamów reklamę
    Aby w pełni wykorzystać funkcjonalność portalu
    wymień swoją przeglądarkę na nowszą wersję.